Rajd "Ten Trzeci" 2007


Czarnohora, Ukraina
28.IV-06.V.2007

Relacja wierszem pisana

Rzecz o majowej wyprawie,
Wielkiej dla nas sprawie,
Która przyjemność wszystkim przyniosła
I wielki sukces odniosła!

Ukraino, Ty jesteś jak to się zowie
Licho jedno, bród, smród i mętlik w głowie,
Serce w plecaku! Kraj ten w całej renomie
Opisuje, bo tęsknie, Ukraino, po Tobie!

Panie gburny co dzikich bronisz granic
I niewygody podróżnych masz za nic.
Co siedzisz w placówce na państwa skraju,
A przejścia bronisz jak drogi do raju,
Jak mnie granicą przepuściłeś cudem
Po godzinnej kolejce odczekanej z ludem,
Tam mnie skierowałeś na trakt do Lwowa
Byłeś jak boski cielec, boska krowa!
Tak Ci wszyscy w sześć osób dziękujemy
Po długiej podróży wdzięczność czujemy-
W gronie Marysi, Basi, Jędrzeja, Sebastiana i Kasi
Przemierzając pola, pagóry, łąki, lasy
Z Poznania, przez Wrocław do grodu Przemysła
W nocy jechaliśmy - lepszego nie mając pomysła.
I choć trasa w pociągu tak prędko minęła,
To pamięć o zmęczeniu długo nie ginęła.
Więc ku przejściu granicznemu się zrazu udawszy,
Szybko nam miny opadły sytuację rozeznawszy,
Gdyż tłum ludzi ściśniętych w kolejce stał
mocne słowo rzekł, bo się na sprawie znał
Kupa mrówek się do przejścia tłoczyła
Sytuacja w środku też raczej niemiła
My z plecakami się ukraińską kolejką pchaliśmy
To trochę czasu sobie i innym zaoszczędziliśmy,
Bo bandurami przejście można zablokować,
Acz przy tym dla siebie, o zgrozo, drogę utorować,
Prędzej na obcej ziemi się znaleźć,
W słonecznej pogodzie śniadanie w plecaku odnaleźć!
Piwo smaczne Obołoń też prędko wypiliśmy
I w dalszą drogę przez Mościska się udaliśmy...
Ze znalezieniem busika nie było problemu
Jeździły tak często nie wiedzieć czemu,
Że w dwie godzinki osiągnęliśmy Lwów
Piękne wieże dworca zobaczyliśmy znów.
W mieście zaś czym prędzej na spacer się wybraliśmy,
Wcześniej plecaki w przechowalni zostawiliśmy
I wolni, i piękni jak podniebne ptaki
Po mieście maszerowaliśmy, my - polskie szaraki
Pierwej udawszy się na ulice Krakowską
Później piwka na rynku obalać beztrosko
Obiad zjedliśmy, miasto wszem zwiedziliśmy
Z wartych rzeczy zobaczenia nic nie straciliśmy
I koniec końców na Wysoki Zamek
Poszliśmy czekać aż będzie poranek.
Wykurzyła nas jednak zimna o tej porze pogoda
By iść do knajpy zapadła ogólnie zgoda.
Tak więc ambrozją się zgoła wzmacniając
Przez rynek i miasto stare się przetaczając
Do miejsca tam trafiliśmy pewnego
Przy wszystkich zaletach - jednak trefnego.
Zamówione piwa, barszcze, pizze
Wywiodły nas na jedne wielkie nice
A poświęcony temu miejscu czas
Straciliśmy pierwszy i ostatni raz.
Kiedy Lwów przykryły egipskie ciemności
Czekały na nas kolejne przyjemności,
Gdyż w nocy miasto świetliście się prezentuje
Jednak to widać - starówka się remontuje
I na lepsze z dnia na dzień się zmienia
Starówka z cegieł, drewna, kamienia.
Później w poczekalni noc spędziliśmy,
Rano pociągiem do Kołomyi pobieżeliśmy
I wyspać się tej nocy nie było nam dane.
Oj zmęczone było nasze towarzystwo zgrane!
Oczy przecieraliśmy gdzie nas zagnało
Do miejsca gdzie bardziej już Azją pachniało
Bo Kolomyja to miasto na wpół ospałe
Inne niż polskie i choć co prawda niemałe
To jednak w tym wszystkim takie powolne:
Atmosfera, ludzie, ulice - wszystko ramolne.
Żeśmy autobus znaleźli, ogórasa tak zwanego
Tłocznego i jak się okazało także powolnego
Co nas na drogą krętą wśród gór do Jasinii
Dowiózł w czas długi, acz bardzo miły.
Choć w ścisku, duchocie, smrodzie
Jechaliśmy przy samych rzodkiewkach i wodzie.
A tam Edelwais schronisko znaleźliśmy
Po długim prysznicu tamże spoczęliśmy
Na resztę ekipy z trasy piątkowej czekając
Czas ten ukraińskim piwem zapijając
Gdyż miało nam go wkrótce brakować
Trunku złocisty, nie pijąc, byłoby czego żałować!
Poszliśmy przyjrzeć się trochę na miasto
Kobiety mężom, mężczyźni niewiastom.
I z rozpędu górę niewielką też zdobyliśmy
Czasu straconego zupełnie nie żałowaliśmy.
Reszta ekipy wieczorem dopiero przybyła
I zanim plecaki z autobusu wydobyła
Ciemno się całkiem wokół zrobiło
Wyjść w góry już możliwości nie było,
By się przespać całą noc pod namiotem 
W pięknie przyrody legnąć pokotem.
Chociaż część wycieczki zwane EKG
W góry - co się wie samo przez się
Autobusem już tego dnia pojechało
W miejscowości Bogdan nocowało.
Reszta zaś - organizatorzy: Zuza, Wilku - załatwili
Żeśmy się pod prysznicami wszyscy umyli
Czym prędzej namioty obok rozłożyli - 
I posnęli. Rano tymczasem w strugach deszczu
W ów dzikiej krainie - Naddniestrzu
Jak się godzinę za późno obudziliśmy
Z plecaków pakowaniem się pośpieszyliśmy.
Nieszczególnie wyszło to jednak,
Gdyż zamówiony znajomy ukraiński junak
Od rana busików wyczekiwanych kierowca,
Zagłoby wierny kibic i naśladowca,
Się upił trochę za bardzo wieczorem
I nie mógł pewnie się stawić za kołem.
Więc wozy pancerne rdzą pokryte
Błotem pochlapane, długo nie myte
I za ciasne w środku i niewygodne
Znalezione przecież zupełnie przygodnie
Za hrywien pięćset wynajęliśmy
I ku górom na szlak się wybraliśmy.
Tego dnia pogoda była nieszczególna - 
Namioty - won, decyzja odgórna
By do pobliskiego iść schroniska
I nie rozbijać tego dnia obozowiska.
Po drodze przygód bez wątpienia pełnej
Grząskiej, zgubnej, zarośnietej, cholernej
W Zaroślaku się wieczorem znaleźliśmy
O prędkim wysuszeniu się zamarzyliśmy
Na podłodze "namioty" znalazłszy miejsce
Na Howerlę zaczęliśmy planować wejście.
I wieczór spędziliśmy na tyle miło
Jakby trasy dzisiejszej wogóle nie było,
Pawła Kunca - z Polski alpinistę
Dziennikarza, europejskich gór zdobywcę
W tym Howerli, słuchać zaczęliśmy
Na dzień kolejny przygotowania zrobiliśmy,
By punkt dziewiąta przy wyjściu się stawić
Plany teraźniejsze reszcie wyjawić
Tak aby część  szczyt Czarnohory zdobyła,
A reszta na Niesamowite w ów dzień wchodziła.
Wcześniej pod schron przyjechał jakiś trep
Otworzył samochód - a tam w środku sklep
Więc piwek na wieczór nakupiliśmy
Zapasy oczywiście na drogę też zrobiliśmy,
Bo to sportowców schronisko było
To i alkoholu brak - prawo stanowiło.
Tego dnia zdobyliśmy z rana Howerlę samą
Szczyt to groźny, choć w skórę ubrany baranią
A później już tylko posuwać się granią
Przyglądać się przyrodzie, orłom, łaniom
Podziwiać wszystko co jest dookoła
W drodze do Niesamowitego Jeziora
Dalej na pupie z wysokości zjechać
Do samego celu w dziesięć sekund dojechać
By resztę ekipy odnaleźć przy wodzie
Zajść tak daleko, tylko dzięki pogodzie
Która w tym czasie była wyjątkowa
Piękna, bezchmurna i jaka zdrowa.
A jednak powrót nam się nie udał,
Trasa nowa, wybrana, wielka paskuda
Wyprowadziła nas na górskie manowce
Turyści bezbronni jak pasterskie owce.
Na przełaj iść czas długi musieliśmy,
Wiele strumyków wskroś pokonaliśmy
Aż schronisko zamajaczyło gdzieś w oddali
Wszyscy tego dnia pięknie sobie radę dali.
Niespodzianka czekała w schronie Zaroślaka
Pani w kuchni się zatruła, zjadła "trujaka"
Lub inną spowodowana dolegliwością
Zaniemogła, wydaje się to niemożliwością,
Lecz tak, do kaduka, to jednak było,
Że gdy tej jednej osoby w kuchni ubyło
To ta nie mogąc być wieczorem otwarta
Była za przeproszeniem g... dla nas warta.
Kolejny dzień niestety był trochę inny,
Od rana padał na głowy deszczyk niewinny,
Że pasmo górskie postanowiliśmy zmienić,
W gruncie rzeczy chcieliśmy się lenić,
Żeby pojechać w masyw Świdowca - 
Nie moczyć więcej plecaka pokrowca.
Więc do miasta Worochty prosto z rana
Wyszła piechotą nasza ekipa zgrana
I każdy wkrótce pojechał okazją
Lepszą lub gorszą, zawsze z fantazją,
Poprzez Worochtę, Jasinię, Kwasy
Poszukaliśmy sobie całkiem nowej trasy.
Rozpalilim ognisko w miejscu kameralnym
Jak przystało na klub górski Halny,
Po perypetiach pogodowych wielu
Znaleźliśmy się wreszcie u celu - 
Czyli tam gdzie cały czas planowaliśmy
Pod namiotami w górach wreszcie spaliśmy.
Pasmo Świdowca jest piękne niezwykle
Iż nawet oczy do piękna nawykłe
Dziwiły się bardzo temu wszystkiemu
Krajobrazowi gór tak cudownie śnieżnemu.
Szliśmy tak szczytami przez dni dwa
Acz szkoda, że rajd tak krótko trwa,
Że kiedyś w doliny zejść trzeba z chmur,
Odwiedzić ziemski padół, ludzki twór,
Gdyż dzień ostatni cały straciłem - 
Na egzamin nieszczęsny się trochę uczyłem.
W wolności mojej czułem się więźniem
I piątek cały w schronisku szczezłem,
Więc może trasy dnia ostatniego
Zostaną opisane przez kogo innego.
Ja tymczasem o mecie choć wspomnę
Że fajna była, ale szczegółów nie pomnę,
Gdyż przekracza to ludzkie pojęcie
I nawet gdy myślę o tym zawzięcie
Opisać konkursów wszystkich nie zdołam.
O pomoc do innych ludzi wołam.

Tak to by było z mojej relacji na tyle,
Bo jeśli się w swym osądzie nie mylę,
Żaden wędrownik nie lubi powrotów - 
Jeno wróci, do nowej trasy jest gotów.

Piotr Skrobich

- Inne relacje - Strona główna - Galeria -